wtorek, 21 października 2008

Skamielina

Czasami czuję się żywa skamieliną. W tym roku Kościół Baptystów obchodzi swoje 150 urodziny na ziemiach Polskich (z wyłączeniem ziem zachodnich i północnych). W rzeczywistości jednak jest bardzo niewiele łączników pomiędzy tamtymi, pierwszymi baptystami a dzisiejszym kościołem. Ciągłość została przerwana przez obydwie wojny światowe i związane z tym migracje ludności. Tylko idea pozostaje (w miarę) stała.

Dzisiejszy Kościół Baptystów tworzą w dużej mierze ludzie, którzy są pierwszym, drugim, bardzo rzadko trzecim pokoleniem baptystów. Ja jestem czwartym, praktycznie z każdej strony. A moi synowie – piątym.

Tak więc, jak na polskie warunki, pochodzę ze starej rodziny baptystycznej. Mój pradziadek, Johann Albert Gutsche nawrócił się do Chrystusa i został ochrzczony w Łodzi w roku 1868. Później, w roku 1888 powrócil z Seminarium Kaznodziejskiego w Hamburgu i został powołany na kaznodzieję (pastora) Zboru w Łodzi, przy ul. Nawrot 27. Był to w tym czasie niewątpliwie największy zbór baptystyczny na ziemiach polskich, liczył w roku 1904, roku odejścia pradziadka, 1935 członków. Pradziadek był potem jeszcze pastorem w Radawczyku (gdziekolwiek to jest) i Zgierzu (od 1909r. do śmierci w 1917r.) Z tych początkowych lat w zborze łódzkim zachowała się historia, jak to wierni idący w niedzielę rano na nabożeństwo byli systematycznie atakowani przez okolicznych mieszkańców – nie tylko słownie, ale i fizycznie. Otóż pewnej niedzieli, gdy motłoch ten jak zwykle zamierzał „zabawić się” kosztem baptystów, którzy mieli zwyczaj nie reagować na zaczepki i nie bronić się, nagle ku swemu zdumieniu został brutalnie odparty przy pomocy noży oraz innych narzędzi. Jak potem się okazało, zaatakowali nie tych, których chcieli, ale ludzi wracających rano z jakiegoś wesela. Ta bolesna pomyłka spowodowała, że już nigdy więcej nie odważyli się prześladować baptystów.

Pradziadek był nie tylko pastorem i działaczem, ale ewidentnie wspaniałym duszpasterzem i ciepłym człowiekiem. Był powszechnie kochany i znany jako „Tata Gutsche”. Jak z tego widać, niewiele po nim odziedziczyłem.

Syn Alberta, a mój stryjeczny dziadek Waldemar był z kolei znaną postacią w baptyźmie międzywojennym. Był energicznym działaczem misyjnym i świetnym kaznodzieją. Znał bezbłędnie trzy języki – niemiecki, polski i rosyjski i był kimś w rodzaju żywego łącznika pomiędzy powstałymi przed I wojną zborami niemieckimi a przebudzeniem, które rozwijało się na kresach po I wojnie światowej wśród ludności rusińskiej. Tam wtedy nawróciła się moja babcia ze strony matki, a z nią cała jej rodzina.

Niestety, niewiele dowiedziałem się o przeszłości mojej rodziny od mojego Ojca, wiem więc jedynie tyle, ile sam wyszperałem już jako dorosły człowiek. Jeszcze mniej wiem o gałęzi ze strony mojej babki ze strony Ojca, w której rodzinie, zamieszkałej w okolicach Warszawy (wioska Płaciszewo), również było dwóch kaznodziejów o nazwisku Truderung. Jednym z nich był z pewnością Oskar Truderung, swego czasu kaznodzieja Zboru Warszawskiego. Wiem też, że jakiś kaznodzieja Truderung spoczywa na zniszczonym cmentarzu ewangelickim w Jabłonowie Pomorskim. Jest to zresztą jeden z nielicznych, zachowanych grobów na tym cmentarzu. Był on ponoć niewidomy i umarł nagle podczas wizyty duszpasterskiej w tamtejszej społeczności baptystycznej.

niedziela, 12 października 2008

Przemijanie

Jedno z doświadczeń, które towarzyszy mi od dzieciństwa, to poczucie przemijalności wszystkiego. W Jabłonowie wzrastałem w cieniu czasu, który bezpowrotnie przeminął.

Mimo, że dla mnie opowieści z przed wojny, które słyszałem w rozmowach dorosłych, dotyczyły czasów prehistorycznych, to jednak były też realne za sprawą moich dziadków. Oni byli żywymi łącznikami pomiędzy poznawaną z opowieści przeszłością, a teraźniejszością. Dziś, mając inną perspektywę czasową z zadziwieniem uświadamiam sobie, że wybudowany w 1938 czy 39 roku dom dziadków miał zaledwie sześć lat, gdy został zawłaszczony przez władze komunistyczne i niecałe trzydzieści, gdy ja w nim mieszkałem. Kilka lat temu dotarłem do papierów, z których wynikało, że jeszcze w latach 60-tych Babcia walczyła o niego w sądzie – i wygrała. Dom bowiem, w przeciwieństwie do stojącego naprzeciwko młyna, został zabrany nawet wbrew prawu komunistycznemu, nie podlegał ani nacjonalizacji, ani szczególnemu trybowi najmu. Wszystko, co tam się działo to było czyste bezprawie. A już ukoronowaniem tego bezprawia był fakt, że po pozytywnym dla Babci wyroku sądu przyszło pismo ze sprzeciwem Wydziału Finansowego (bodajże Wojewódzkiej Rady Narodowej) z Bydgoszczy, kwestionujące „społeczny aspekt” werdyktu – i natychmiast sąd zmienił swój własny wyrok!

Toteż gdy po latach usłyszałem wystąpienie premiera RP wzywającego sądy na Mazurach do wydawania wyroków w sprawie mienia pozostawionego przez Mazurów - zwanych przez niego Niemcami - w zgodzie z polską racją stanu, to poczułem się, jakby czas się cofał. To przecież już było – komunistyczne bezprawie nazywane polską racją stanu.

Z przemijaniem stykałem się właśnie w Jabłonowie. Co jakiś czas pojawiał się jakiś ptaszek czy inne stworzonko, którym się opiekowałem, a ono zdychało. Pamiętam, że doprowadziło mnie to do dość fatalistycznej konstatacji, że wszystko, co moje, musi zdechnąć. Oczywiście trochę później zdałem sobie sprawę, że w tamtej sytuacji było to nieuniknione, bo trafiały do mych rąk tylko bardzo chore zwierzaki, ale dziś myślę, że paradoksalnie rację miałem wtedy, kiedy jeszcze mało co rozumiałem. Bo wtedy wbiła mi się w głowę ta prawda życiowa, że wszystko musi zdechnąć lub odejść – chyba, że ja odejdę wpierw. Takim uderzeniem, które przekonało mnie do końca była śmierć dziadka i zniknięcie całego tego świata. Myślę, że to było to doświadczenie – i zrozumienie – które naznaczyło mnie na resztę życia.

Świat toruński, w który później zacząłem wrastać, był inny, mniej tajemniczy, bardziej prostolinijny i pozbawiony tych emocji co Jabłonowo. Tu nie znajdował się chorych ptaszków, nie pałętały się bezpańskie psy ani jeże, nie łapało się myszy w spiżarce. Tu, wydawało się, że doświadczenie śmierci nie dociera. Ale ja wiedziałem, że to tylko pozór, bo śmierć szła za mną i czaiła się w ukryciu, żeby uderzyć.

niedziela, 5 października 2008

Kościół Baptystów w moim życiu.

Pomysł na takie wspomnienia powstał, gdy miał zostać wydany album okolicznościowy na 150-lecie baptyzmu na ziemiach polskich. W końcu ja nie zdążyłem nic napisać, a album w swojej końcowej postaci zawiera raczej zdjęcia niż teksty. Ale pomysł pozostał.


To, co mam zamiar tu pisać będzie wspomnieniem osobistym. Zresztą, od początku dziejów baptyzmu w Polsce jest on związany z naszą rodziną. Pierwsze wspomnienia jakie mam z dzieciństwa, to dom dziadków w Jabłonowie Pomorskim, gdzie wisiał duży portret wąsatego starszego pana. Nie wiedziałem wtedy, kim on był, ale wydawał się bardzo fajny. Później dowiedziałem się, że to mój pradziadek, (Johann) Albert Gutsche, a jeszcze dużo później, że był on kaznodzieją baptystycznym, jednym z pierwszych na ziemiach polskich i bliskim współpracownikiem pioniera baptyzmu w europie kontynentalnej, Gotfryda Alfa. Albert Gutsche zmarł w 1917 roku, tak, że nie tylko ja, ale też mój ojciec nigdy go nie spotkaliśmy. A szkoda, był bowiem prawdopodobnie człowiekiem bardzo wierzącym i sympatycznym. Przez rok studiował teologię w seminarium baptystycznym w Hamburgu (1888), toteż gdy ponad sto lat później (1991) i ja spędziłem tam semestr, wzruszyłem się, gdy znalazłem jego nazwisko w archiwum seminaryjnym.
Napisanie bardziej obiektywnej historii powojennego baptyzmu zostawiam komuś innemu.


***


Jak już napisałem powyżej, pierwsze co pamiętam z dzieciństwa, to dom dziadków. Tam też brałem udział w pierwszych nabożeństwach, które odbywały się w gronie trzech rodzin: moich dziadków, mieszkającego nad nami wujka Oskara (brata Babci) i jego rodziny, oraz mieszkających z drugiej strony Jabłonowa, nieopodal cmentarza, Krügerów. Jak już można się domyślać z brzmienia nazwisk, było to towarzystwo, w którym szczególnie starsze pokolenie porozumiewało się między sobą po niemiecku. Jednak nabożeństwa odbywały się po polsku i pamiętam, że raz czy dwa prowadził je specjalnie w tym celu przyjeżdżający z Warszawy Aleksander Kircun senior. Wszyscy zbierali się wokół okrągłego stołu w dużym pokoju dziadków i śpiewali pieśni z "Głosu Wiary" i innych, jeszcze starszych śpiewników. Wybór pieśni był inny, niż w zborach, w których byłem później - dziadkowie musieli pamiętać sprzed wojny niemieckie pieśni, które w Jabłonowie śpiewaliśmy w wersji polskiej. Na przykład tylko tam, jak pamiętam, słyszałem pieśń "Znam drzewko najpiękniejsze z drzew, co na tej ziemi rosną" - którą bardzo lubił wujek Oskar. Dopiero wiele lat później, ucząc się niemieckiego, zdałem sobie sprawę, że jest to przerobiona znana niemiecka kolęda "O Tannenbaum".
*