Jedno z doświadczeń, które towarzyszy mi od dzieciństwa, to poczucie przemijalności wszystkiego. W Jabłonowie wzrastałem w cieniu czasu, który bezpowrotnie przeminął.
Mimo, że dla mnie opowieści z przed wojny, które słyszałem w rozmowach dorosłych, dotyczyły czasów prehistorycznych, to jednak były też realne za sprawą moich dziadków. Oni byli żywymi łącznikami pomiędzy poznawaną z opowieści przeszłością, a teraźniejszością. Dziś, mając inną perspektywę czasową z zadziwieniem uświadamiam sobie, że wybudowany w 1938 czy 39 roku dom dziadków miał zaledwie sześć lat, gdy został zawłaszczony przez władze komunistyczne i niecałe trzydzieści, gdy ja w nim mieszkałem. Kilka lat temu dotarłem do papierów, z których wynikało, że jeszcze w latach 60-tych Babcia walczyła o niego w sądzie – i wygrała. Dom bowiem, w przeciwieństwie do stojącego naprzeciwko młyna, został zabrany nawet wbrew prawu komunistycznemu, nie podlegał ani nacjonalizacji, ani szczególnemu trybowi najmu. Wszystko, co tam się działo to było czyste bezprawie. A już ukoronowaniem tego bezprawia był fakt, że po pozytywnym dla Babci wyroku sądu przyszło pismo ze sprzeciwem Wydziału Finansowego (bodajże Wojewódzkiej Rady Narodowej) z Bydgoszczy, kwestionujące „społeczny aspekt” werdyktu – i natychmiast sąd zmienił swój własny wyrok!
Toteż gdy po latach usłyszałem wystąpienie premiera RP wzywającego sądy na Mazurach do wydawania wyroków w sprawie mienia pozostawionego przez Mazurów - zwanych przez niego Niemcami - w zgodzie z polską racją stanu, to poczułem się, jakby czas się cofał. To przecież już było – komunistyczne bezprawie nazywane polską racją stanu.
Z przemijaniem stykałem się właśnie w Jabłonowie. Co jakiś czas pojawiał się jakiś ptaszek czy inne stworzonko, którym się opiekowałem, a ono zdychało. Pamiętam, że doprowadziło mnie to do dość fatalistycznej konstatacji, że wszystko, co moje, musi zdechnąć. Oczywiście trochę później zdałem sobie sprawę, że w tamtej sytuacji było to nieuniknione, bo trafiały do mych rąk tylko bardzo chore zwierzaki, ale dziś myślę, że paradoksalnie rację miałem wtedy, kiedy jeszcze mało co rozumiałem. Bo wtedy wbiła mi się w głowę ta prawda życiowa, że wszystko musi zdechnąć lub odejść – chyba, że ja odejdę wpierw. Takim uderzeniem, które przekonało mnie do końca była śmierć dziadka i zniknięcie całego tego świata. Myślę, że to było to doświadczenie – i zrozumienie – które naznaczyło mnie na resztę życia.
Świat toruński, w który później zacząłem wrastać, był inny, mniej tajemniczy, bardziej prostolinijny i pozbawiony tych emocji co Jabłonowo. Tu nie znajdował się chorych ptaszków, nie pałętały się bezpańskie psy ani jeże, nie łapało się myszy w spiżarce. Tu, wydawało się, że doświadczenie śmierci nie dociera. Ale ja wiedziałem, że to tylko pozór, bo śmierć szła za mną i czaiła się w ukryciu, żeby uderzyć.
niedziela, 12 października 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz