Czasami czuję się żywa skamieliną. W tym roku Kościół Baptystów obchodzi swoje 150 urodziny na ziemiach Polskich (z wyłączeniem ziem zachodnich i północnych). W rzeczywistości jednak jest bardzo niewiele łączników pomiędzy tamtymi, pierwszymi baptystami a dzisiejszym kościołem. Ciągłość została przerwana przez obydwie wojny światowe i związane z tym migracje ludności. Tylko idea pozostaje (w miarę) stała.
Dzisiejszy Kościół Baptystów tworzą w dużej mierze ludzie, którzy są pierwszym, drugim, bardzo rzadko trzecim pokoleniem baptystów. Ja jestem czwartym, praktycznie z każdej strony. A moi synowie – piątym.
Tak więc, jak na polskie warunki, pochodzę ze starej rodziny baptystycznej. Mój pradziadek, Johann Albert Gutsche nawrócił się do Chrystusa i został ochrzczony w Łodzi w roku 1868. Później, w roku 1888 powrócil z Seminarium Kaznodziejskiego w Hamburgu i został powołany na kaznodzieję (pastora) Zboru w Łodzi, przy ul. Nawrot 27. Był to w tym czasie niewątpliwie największy zbór baptystyczny na ziemiach polskich, liczył w roku 1904, roku odejścia pradziadka, 1935 członków. Pradziadek był potem jeszcze pastorem w Radawczyku (gdziekolwiek to jest) i Zgierzu (od 1909r. do śmierci w 1917r.) Z tych początkowych lat w zborze łódzkim zachowała się historia, jak to wierni idący w niedzielę rano na nabożeństwo byli systematycznie atakowani przez okolicznych mieszkańców – nie tylko słownie, ale i fizycznie. Otóż pewnej niedzieli, gdy motłoch ten jak zwykle zamierzał „zabawić się” kosztem baptystów, którzy mieli zwyczaj nie reagować na zaczepki i nie bronić się, nagle ku swemu zdumieniu został brutalnie odparty przy pomocy noży oraz innych narzędzi. Jak potem się okazało, zaatakowali nie tych, których chcieli, ale ludzi wracających rano z jakiegoś wesela. Ta bolesna pomyłka spowodowała, że już nigdy więcej nie odważyli się prześladować baptystów.
Pradziadek był nie tylko pastorem i działaczem, ale ewidentnie wspaniałym duszpasterzem i ciepłym człowiekiem. Był powszechnie kochany i znany jako „Tata Gutsche”. Jak z tego widać, niewiele po nim odziedziczyłem.
Syn Alberta, a mój stryjeczny dziadek Waldemar był z kolei znaną postacią w baptyźmie międzywojennym. Był energicznym działaczem misyjnym i świetnym kaznodzieją. Znał bezbłędnie trzy języki – niemiecki, polski i rosyjski i był kimś w rodzaju żywego łącznika pomiędzy powstałymi przed I wojną zborami niemieckimi a przebudzeniem, które rozwijało się na kresach po I wojnie światowej wśród ludności rusińskiej. Tam wtedy nawróciła się moja babcia ze strony matki, a z nią cała jej rodzina.
Niestety, niewiele dowiedziałem się o przeszłości mojej rodziny od mojego Ojca, wiem więc jedynie tyle, ile sam wyszperałem już jako dorosły człowiek. Jeszcze mniej wiem o gałęzi ze strony mojej babki ze strony Ojca, w której rodzinie, zamieszkałej w okolicach Warszawy (wioska Płaciszewo), również było dwóch kaznodziejów o nazwisku Truderung. Jednym z nich był z pewnością Oskar Truderung, swego czasu kaznodzieja Zboru Warszawskiego. Wiem też, że jakiś kaznodzieja Truderung spoczywa na zniszczonym cmentarzu ewangelickim w Jabłonowie Pomorskim. Jest to zresztą jeden z nielicznych, zachowanych grobów na tym cmentarzu. Był on ponoć niewidomy i umarł nagle podczas wizyty duszpasterskiej w tamtejszej społeczności baptystycznej.
wtorek, 21 października 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz