czwartek, 2 lipca 2009

Zbory mojego dzieciństwa

Nasza rodzina mieszkając w Toruniu była w zasadzie poza oddziaływaniem jakiegokolwiek zboru. Rodzice formalnie byli członkami chyba w Warszawie, w zborze (wtedy zresztą jedynym) na Waliców. Najbliżej był mały zbór bydgoski. Częściej jednak byliśmy na nabożeństwach w Białymstoku, gdy odwiedzaliśmy tamtejszą Babcię i Dziadka. Za kaplicę robiło tam jakieś duże pomieszczenie na piętrze, w kamienicy niedaleko domu dziadków. Kaznodzieją (tak wtedy nazywano pastorów) był brat Dajludzionek. Pamiętam, że kiedy wchodziliśmy do kaplicy i szliśmy od tyłu przejściem między drewnianymi ławkami, by znaleźć miejsce do siedzenia, wszyscy odwracali się, by się nam przyjrzeć, co strasznie mnie krępowało. Nie wiem, jak duży był wtedy Zbór Białostocki, ale mnie wydawał się olbrzymi. Miałem wręcz wrażenie, że prawie cały Białystok to baptyści. Odczucie to było jeszcze potęgowane przez to, że po nabożeństwie szliśmy zwykle odwiedzić kogoś z rozbudowanej rodziny Mamy, tam z kolei spotykaliśmy innych krewnych i znajomych – a wszystko to byli baptyści.
W Białymstoku trafiliśmy kiedyś na nabożeństwo gwiazdkowe, gdzie dzieci mówiły wierszyki i dostawały paczki. Przed nabożeństwem mnie tez nauczono wierszyka, a potem razem z moimi kuzynkami – Dorotą i Elą – mieliśmy jeszcze jedną próbę, gdy każde z nas recytowało swój wiersz. Potem przyszło nabożeństwo. Któraś z dziewcząt zacięła się i nie potrafiła wyksztusić swojej kwestii. Ja więc wyszedłem na środek i powiedziałem wszystkie trzy wierszyki. Nie pamiętam jednak, czy dostałem więcej niż jedną paczkę.
Miałem jednak wierszyki też na inne okazje: mniej więcej w tym samym okresie byłem na balu dla dzieci pracowników Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Dworze Artusa. Tu też każdy dostał swoją paczkę, ale można było dostać paczkę dodatkowa za wierszyk. Skorzystałem więc z okazji i wydeklamowałem cały chyba dość pieprzny wierszyk „O pani Sefanii” Boya, wzbudzając aplauz dorosłej części widowni, szczególnie przedostatnią linijką: „Lecz tymczasem mu wychudło, bo już była stare pudło.” Wierszyka nauczyłem się od naszej niani, młodej dziewczyny, która pilnując nas znalazła „Słówka” Boya na półce i przeczytała go nieopatrznie na głos. Mieć dzisiaj taką pamięć!
Ze zborem warszawskim nie mam tak miłych wspomnień, w zasadzie jedyne co pamiętam to chrzest dwóch osób. Byli to ojciec i syn z Torunia, którzy nawiązali kontakt z Kościołem Baptystów po wysłuchaniu audycji radiowej nadawanej z Monte Carlo. O ile ze starszym kontakt (przynajmniej mój) potem się urwał, o tyle syn – Stanisław M. razem z zoną utrzymywali stały kontakt z moimi rodzicami i byli uczestnikami nabożeństw domowych, które od czasu do czasu organizował mój Ojciec. Pan Stanisław był raczej wolnomyślicielem, dużo czytał wszelkiej literatury, zarówno chrześcijańskiej jak i Świadków Jehowy i lubił dyskutować na tematy teologiczne. I choć nigdy nie stał sie członkiem naszego zboru po jego reaktywacji, to gdy umarł nie tak dawno temu, rodzina zadecydowała, by nas właśnie poprosić o poprowadzenie jego pogrzebu – bo, jak stwierdzili, katolikiem to nie był na pewno.
Jeszcze inna sytuacja była w zborze bydgoskim. Ten zbór istniał w zasadzie w postaci szczątkowej – składał się z dwóch rodzin: miejscowej, pomorskiej rodziny K. i pochodzącej z kresów rodziny J. Podobno pomiędzy obydwiema rodzinami, ze względu na potężne różnice kulturowe, dochodziło do częstych napięć, ale ja jako dziecko nie byłem tego świadom. Wręcz przeciwnie, obydwie rodziny przyjmowały nas niezwykle gorąco, gdy tylko zawitaliśmy w Bydgoszczy, co nie działo się zbyt często – i to pomimo tego, że Bydgoszcz leżała zaledwie o 40 minut drogi od Torunia, a my mieliśmy samochód. Jednak pobyt w Bydgoszczy był dość przygnębiający, jako że ta mała grupka nie miała swojego obiektu i tułała się po wynajmowanych pomieszczeniach. Pamiętam jedno nabożeństwo, odprawiane w jakimś ciemnym pomieszczeniu, które aby ogrzać, trzeba było przyjechać kilka godzin wcześniej i napalić w piecu. My spóźniliśmy się trochę, ale kiedy weszliśmy do sali Brat J., który pełnił w tej wspólnocie obowiązki pastora, przerwał nabożeństwo i serdecznie nas przywitał – a potem zapowiedział, że mój Ojciec będzie miał kazanie! Pamiętam wściekłe westchnienie mojego Ojca: „przecież powinienem pamiętać, że zawsze tak robi!” I jego późniejsze wyjście na środek sali z Biblią i dukanie, co do którego nawet ja jako mały brzdąc nie mogłem mieć złudzeń, że jest bez ładu i składu.
Ojciec w ogóle nie potrafił przemawiać, nawet jak był przygotowany, a co dopiero tak wzięty z zaskoczenia. Zawsze też miał kompleks swojego stryja, słynnego przedwojennego kaznodziei baptystycznego, Waldemara Gutsche, który potrafił mówić kazania w trzech językach.
Co do mnie, to chyba właśnie wtedy w Bydgoszczy, siedząc w ławce i wstydząc się za mojego Ojca uznałem, że my, Gutszowie nie mamy talentów humanistycznych i nie potrafimy ładnie mówić.

sobota, 16 maja 2009

Studia teologiczne

Gdy wyleciałem z fizyki - o czym, być może, opowiem kiedy indziej - nie bardzo wiedziałem co ze sobą zrobić. Nie miałem żadnego planu awaryjnego. Wiedziałem, że stolarzem już raczej nie zostanę i wtedy wymyśliłem sobie teologię. Nie chodziło mi przy tym - Boże broń! - o samą teologię, o której miałem pojęcie jak najgorsze. Taka wtedy była atmosfera w naszym Kościele, że słowa teologia, teolog były słowami negatywnymi, wręcz obraźliwymi. Brało się to nie tyle z jakiegoś prostactwa, choć rzeczywiście wykształcenie teologiczne większości braci, nawet kaznodziejów, było wtedy mizerne, co z faktu, że teologia kojarzyła się z teologią katolicką, a ta była raczej luźno związana z Biblią i dla porządnego baptysty zalatywała ogniem i siarką. Aby dostąpić zaszczytu studiowania teologii (a wybrałem niezbyt ortodoksyjną Chrześcijańską Akademię Teologiczną) musiałem zaprezentować się braciom z Rady Kościoła i otrzymać od nich tzw. "mandat". Rozbawiłem ich twierdząc stanowczo, że choć idę na teologię, to nie zamierzam studiować teologii, a jedynie skupić się na językach biblijnych. Taką rzeczywiście miałem motywację - uznałem, że nie wiedząc, co mam robić w życiu, a będąc jeszcze dość młodym i bez zobowiązań, mogę zainwestować w moje życie duchowe i nauczyć się języków biblijnych.
Tak więc w wieku 22 lat rozpocząłem studia teologiczne. ChAT - w przeciwieństwie do fizyki - wciągnął mnie od razu. I to nie z powodu szczególnie wysokiego poziomu, lub ciekawego trybu zajęć. Wręcz przeciwnie, po pobycie na Uniwersytecie Jagiellońskim widziałem z całą wyrazistością zaściankowość tej warszawskiej uczelni i bezradność części jej wykładowców. Na fizyce wykładowcy i asystenci nie musieli podkreślać swojej przewagi nad studentami, bo była ona oczywista, a znając swoją wartość mogli nawet pierwszorocznych traktować po partnersku. Zadawanie wykładowcom pytań było w dobrym tonie, bo oznaczało, że cośkolwiek się rozumie - albo choć próbuje zrozumieć. I to przynosiło efekty: mój serdeczny kumpel z tamtych lat, Wojtek Hajdas, zadawał w kółko pytania o najprostsze sprawy. Dziś, o ile wiem jest naukowcem i pracuje gdzieś w świecie - ostatni raz słyszałem od niego ze Szwajcarii.

W porównaniu z tym ChAT był raczej odpychający. Część wykładowców robiła wrażenie, jakby dopiero co z dużym wysiłkiem opanowała jakiś kawałek materiału i teraz popisywała się tym przed studentami. Nie chcę się nad tym rozwodzić, bo musiałbym zbytnio pokalać gniazdo, które w sumie wspominam z sympatią. Zwłaszcza, że były postacie odbijające formatem od reszty - że choćby wspomnę nieżyjącego już Profesora Niemczyka juniora, zajmującego się Starym Testamentem, lub wybijającego się na naszych oczach J.T.Maciuszkę - który na pierwszym roku przywitał nas jako magister, na drugim wykładał już jako doktor, a gdy kończyłem studia był doktorem habilitowanym i docentem. Był to fanatyk nauki, który co roku zadręczał nas swoimi religiologicznymi upodobaniami, a my żałowaliśmy tylko, że nie zajmuje się on jakąś bliższą Biblii dziedziną, co na pewno wyszłoby nam bardziej na zdrowie.

Niemniej studia te wciągnęły mnie również przez to, że nie wszystko mi się podobało. Pobudzało mnie to do szukania w bibliotece seminaryjnej, która w tamtych czasach znajdowała się przy ul.Waliców - gdzie udzielono nam zakwaterowania - pozycji, które odnosiłyby się do tego, co przerabialiśmy i szczególnie cieszyło mnie, gdy znalazłem coś, co zaprzeczało, lub w innym świetle stawiało to, co przekazywano nam w szkole. (Powinienem chyba napisać: "na uczelni", ale nie chce to mi przejść przez palce.) Część przedmiotów była zresztą sama w sobie ciekawa i pouczająca.

Ale w sumie nie o tym chciałem pisać. Ważne było to, że studia mnie zainteresowały. Oprócz tego, jako student teologii zacząłem natychmiast być zapraszany w różne miejsca na kazania. Przyjmowałem zaproszenia, gdyż takie miałem wewnętrzne przekonanie - i zaczęło mi się wydawać, że jestem widziany jako dobry - choć jeszcze początkujący - kaznodzieja. (Nawiasem mówiąc, dziś, kiedy mam już pewność, że Bóg powołał mnie do tej służby, nie mam już takiego poczucia.) Zacząłem się wtedy zastanawiać - a było to z początkiem trzeciego roku studiów - czy czasem to właśnie nie ma być kierunek mojego życia. Przyjąłem tę myśl ze strachem, bo choć już obyłem się nieco z kazalnicą, to za nic nie mogłem wyobrazić sobie siebie jako prowadzącego na co dzień zbór. Jednak koło końca pierwszego semestru zaczęła mi towarzyszyć coraz wyraźniejsza myśl, że zgrzeszę, jeśli tą drogą nie pójdę. Powoli zacząłem się z tym godzić.

Wtedy zacząłem się też zastanawiać nad miejscem przyszłej pracy. Jednocześnie pojawiła się silna potrzeba modlitwy o moje miasto rodzinne - Toruń. Było to o tyle dziwne, że miasto to niezbyt lubiłem i nie czułem się z nim związany. Ale zacząłem modlić się o pracę w Toruniu i zbór, który mógłby być domem dla wielu wierzących. I nagle po jakimś czasie olśniła mnie myśl, że może to ja mam być tym, który ma przyczynić się do realizacji tego celu. Myśl ta wydawała mi się absurdalna, próbowałem się jej pozbyć, ale nie potrafiłem.

Zacząłem się więc modlić inaczej. Powiedziałem: "Panie, wydaje mi się, że każesz mi wrócić do Torunia. Ale wiem przecież, że jest to nierealne. Jestem już człowiekiem żonatym (ożeniłem się pod koniec drugiego roku studiów) i nie mogę mieszkać pod mostem. Umówmy się, że jeśli jest to sprawa od ciebie, to dasz mi w Toruniu mieszkanie i środki do życia; jeśli nie, to nie będę się tą sprawą więcej przejmował." Takie postawienie sprawy pomogło mi się uspokoić.

Kiedy wiosną wróciłem do domu, moja Matka wzięła mnie na rozmowę. Zaczęła od pytania: czy zamierzam wrócić do Torunia? Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że myślę o tym - przy okazji zastanawiając się, co ona ma na myśli i dlaczego w takim momencie zadaje mi to pytanie. Odpowiedź była zaskakująca: mój Ojciec jako pracownik nowo powstałej Akademii Medycznej w Bydgoszczy (później Wydział Medyczny UMK w Toruniu) mógł w trybie błyskawicznym - od pół roku do roku - otrzymać mieszkanie spółdzielcze w Bydgoszczy! A były to czasy, gdy na mieszkanie spółdzielcze czekało się normalnie około 25 lat. Rzecz polegała na tym, że jeślibym wyraził wolę powrotu, to Matka była zdecydowana przycisnąć Ojca, by złożył o takie mieszkanie wniosek (na co on sam nie bardzo miał ochotę). Zachęciłem ją oczywiście do tego i tak zaczęła się moja przygoda zarówno z pastorstwem, jak i z Toruniem.