Nasza rodzina mieszkając w Toruniu była w zasadzie poza oddziaływaniem jakiegokolwiek zboru. Rodzice formalnie byli członkami chyba w Warszawie, w zborze (wtedy zresztą jedynym) na Waliców. Najbliżej był mały zbór bydgoski. Częściej jednak byliśmy na nabożeństwach w Białymstoku, gdy odwiedzaliśmy tamtejszą Babcię i Dziadka. Za kaplicę robiło tam jakieś duże pomieszczenie na piętrze, w kamienicy niedaleko domu dziadków. Kaznodzieją (tak wtedy nazywano pastorów) był brat Dajludzionek. Pamiętam, że kiedy wchodziliśmy do kaplicy i szliśmy od tyłu przejściem między drewnianymi ławkami, by znaleźć miejsce do siedzenia, wszyscy odwracali się, by się nam przyjrzeć, co strasznie mnie krępowało. Nie wiem, jak duży był wtedy Zbór Białostocki, ale mnie wydawał się olbrzymi. Miałem wręcz wrażenie, że prawie cały Białystok to baptyści. Odczucie to było jeszcze potęgowane przez to, że po nabożeństwie szliśmy zwykle odwiedzić kogoś z rozbudowanej rodziny Mamy, tam z kolei spotykaliśmy innych krewnych i znajomych – a wszystko to byli baptyści.
W Białymstoku trafiliśmy kiedyś na nabożeństwo gwiazdkowe, gdzie dzieci mówiły wierszyki i dostawały paczki. Przed nabożeństwem mnie tez nauczono wierszyka, a potem razem z moimi kuzynkami – Dorotą i Elą – mieliśmy jeszcze jedną próbę, gdy każde z nas recytowało swój wiersz. Potem przyszło nabożeństwo. Któraś z dziewcząt zacięła się i nie potrafiła wyksztusić swojej kwestii. Ja więc wyszedłem na środek i powiedziałem wszystkie trzy wierszyki. Nie pamiętam jednak, czy dostałem więcej niż jedną paczkę.
Miałem jednak wierszyki też na inne okazje: mniej więcej w tym samym okresie byłem na balu dla dzieci pracowników Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Dworze Artusa. Tu też każdy dostał swoją paczkę, ale można było dostać paczkę dodatkowa za wierszyk. Skorzystałem więc z okazji i wydeklamowałem cały chyba dość pieprzny wierszyk „O pani Sefanii” Boya, wzbudzając aplauz dorosłej części widowni, szczególnie przedostatnią linijką: „Lecz tymczasem mu wychudło, bo już była stare pudło.” Wierszyka nauczyłem się od naszej niani, młodej dziewczyny, która pilnując nas znalazła „Słówka” Boya na półce i przeczytała go nieopatrznie na głos. Mieć dzisiaj taką pamięć!
Ze zborem warszawskim nie mam tak miłych wspomnień, w zasadzie jedyne co pamiętam to chrzest dwóch osób. Byli to ojciec i syn z Torunia, którzy nawiązali kontakt z Kościołem Baptystów po wysłuchaniu audycji radiowej nadawanej z Monte Carlo. O ile ze starszym kontakt (przynajmniej mój) potem się urwał, o tyle syn – Stanisław M. razem z zoną utrzymywali stały kontakt z moimi rodzicami i byli uczestnikami nabożeństw domowych, które od czasu do czasu organizował mój Ojciec. Pan Stanisław był raczej wolnomyślicielem, dużo czytał wszelkiej literatury, zarówno chrześcijańskiej jak i Świadków Jehowy i lubił dyskutować na tematy teologiczne. I choć nigdy nie stał sie członkiem naszego zboru po jego reaktywacji, to gdy umarł nie tak dawno temu, rodzina zadecydowała, by nas właśnie poprosić o poprowadzenie jego pogrzebu – bo, jak stwierdzili, katolikiem to nie był na pewno.
Jeszcze inna sytuacja była w zborze bydgoskim. Ten zbór istniał w zasadzie w postaci szczątkowej – składał się z dwóch rodzin: miejscowej, pomorskiej rodziny K. i pochodzącej z kresów rodziny J. Podobno pomiędzy obydwiema rodzinami, ze względu na potężne różnice kulturowe, dochodziło do częstych napięć, ale ja jako dziecko nie byłem tego świadom. Wręcz przeciwnie, obydwie rodziny przyjmowały nas niezwykle gorąco, gdy tylko zawitaliśmy w Bydgoszczy, co nie działo się zbyt często – i to pomimo tego, że Bydgoszcz leżała zaledwie o 40 minut drogi od Torunia, a my mieliśmy samochód. Jednak pobyt w Bydgoszczy był dość przygnębiający, jako że ta mała grupka nie miała swojego obiektu i tułała się po wynajmowanych pomieszczeniach. Pamiętam jedno nabożeństwo, odprawiane w jakimś ciemnym pomieszczeniu, które aby ogrzać, trzeba było przyjechać kilka godzin wcześniej i napalić w piecu. My spóźniliśmy się trochę, ale kiedy weszliśmy do sali Brat J., który pełnił w tej wspólnocie obowiązki pastora, przerwał nabożeństwo i serdecznie nas przywitał – a potem zapowiedział, że mój Ojciec będzie miał kazanie! Pamiętam wściekłe westchnienie mojego Ojca: „przecież powinienem pamiętać, że zawsze tak robi!” I jego późniejsze wyjście na środek sali z Biblią i dukanie, co do którego nawet ja jako mały brzdąc nie mogłem mieć złudzeń, że jest bez ładu i składu.
Ojciec w ogóle nie potrafił przemawiać, nawet jak był przygotowany, a co dopiero tak wzięty z zaskoczenia. Zawsze też miał kompleks swojego stryja, słynnego przedwojennego kaznodziei baptystycznego, Waldemara Gutsche, który potrafił mówić kazania w trzech językach.
Co do mnie, to chyba właśnie wtedy w Bydgoszczy, siedząc w ławce i wstydząc się za mojego Ojca uznałem, że my, Gutszowie nie mamy talentów humanistycznych i nie potrafimy ładnie mówić.
czwartek, 2 lipca 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)