niedziela, 5 października 2008

Kościół Baptystów w moim życiu.

Pomysł na takie wspomnienia powstał, gdy miał zostać wydany album okolicznościowy na 150-lecie baptyzmu na ziemiach polskich. W końcu ja nie zdążyłem nic napisać, a album w swojej końcowej postaci zawiera raczej zdjęcia niż teksty. Ale pomysł pozostał.


To, co mam zamiar tu pisać będzie wspomnieniem osobistym. Zresztą, od początku dziejów baptyzmu w Polsce jest on związany z naszą rodziną. Pierwsze wspomnienia jakie mam z dzieciństwa, to dom dziadków w Jabłonowie Pomorskim, gdzie wisiał duży portret wąsatego starszego pana. Nie wiedziałem wtedy, kim on był, ale wydawał się bardzo fajny. Później dowiedziałem się, że to mój pradziadek, (Johann) Albert Gutsche, a jeszcze dużo później, że był on kaznodzieją baptystycznym, jednym z pierwszych na ziemiach polskich i bliskim współpracownikiem pioniera baptyzmu w europie kontynentalnej, Gotfryda Alfa. Albert Gutsche zmarł w 1917 roku, tak, że nie tylko ja, ale też mój ojciec nigdy go nie spotkaliśmy. A szkoda, był bowiem prawdopodobnie człowiekiem bardzo wierzącym i sympatycznym. Przez rok studiował teologię w seminarium baptystycznym w Hamburgu (1888), toteż gdy ponad sto lat później (1991) i ja spędziłem tam semestr, wzruszyłem się, gdy znalazłem jego nazwisko w archiwum seminaryjnym.
Napisanie bardziej obiektywnej historii powojennego baptyzmu zostawiam komuś innemu.


***


Jak już napisałem powyżej, pierwsze co pamiętam z dzieciństwa, to dom dziadków. Tam też brałem udział w pierwszych nabożeństwach, które odbywały się w gronie trzech rodzin: moich dziadków, mieszkającego nad nami wujka Oskara (brata Babci) i jego rodziny, oraz mieszkających z drugiej strony Jabłonowa, nieopodal cmentarza, Krügerów. Jak już można się domyślać z brzmienia nazwisk, było to towarzystwo, w którym szczególnie starsze pokolenie porozumiewało się między sobą po niemiecku. Jednak nabożeństwa odbywały się po polsku i pamiętam, że raz czy dwa prowadził je specjalnie w tym celu przyjeżdżający z Warszawy Aleksander Kircun senior. Wszyscy zbierali się wokół okrągłego stołu w dużym pokoju dziadków i śpiewali pieśni z "Głosu Wiary" i innych, jeszcze starszych śpiewników. Wybór pieśni był inny, niż w zborach, w których byłem później - dziadkowie musieli pamiętać sprzed wojny niemieckie pieśni, które w Jabłonowie śpiewaliśmy w wersji polskiej. Na przykład tylko tam, jak pamiętam, słyszałem pieśń "Znam drzewko najpiękniejsze z drzew, co na tej ziemi rosną" - którą bardzo lubił wujek Oskar. Dopiero wiele lat później, ucząc się niemieckiego, zdałem sobie sprawę, że jest to przerobiona znana niemiecka kolęda "O Tannenbaum".
*

2 komentarze:

Teresa pisze...

cos malo mysli Stary Pastor... moze jednak juz nie moze:)

Stan na 28.09.2008: pisze...

Po prostu jeszcze za duzo musi... Ale od nowego roku to się zmieni (jak Pan Bóg pozwoli). Ale dziękuję za zachętę.